Ten tekst jest ku przestrodze, żeby dbać o zdrowie, ale nie za wszelką cenę. Ufać w alternatywne sposoby wspomagania leczenia, ale nie oczekiwać cudów. Taka historia może się zdarzyć każdemu i niestety wielu osobom już się zdarzyła. Konsekwencje bywają straszne. UWAGA: tekst trochę długi ;)

 

LECZENIE, CUD I ZNACHOR W TLE

Dzień zaczął się jak zwykle – śniadanie, praca, dom. Jednak dziś miało wydarzyć się coś niezwykłego. Od kilku miesięcy mam nieustający kaszel. Niby nic, palę, więc pewnie to przez to. Szczególnie, gdy wieczorami sięgam po swoje ulubione cygaro. Żona mnie upomina, że w końcu przez to umrę, ale w końcu na coś umrzeć trzeba. Ja osobiście dalej bagatelizowałbym ten mokry kaszel, ale bliscy przejmują się moim zdrowiem bardziej niż ja.

Zapisałem się do lekarza rodzinnego. Myślałem, że przepisze mi jakieś tabletki, ewentualnie syrop na receptę. Wracając do domu chciałem zahaczyć o mój ulubiony sklep tytoniowy kupić cygara, a później do apteki po leki.

Denerwuje mnie to czekanie w kolejce. Płacę składki, rzadko chodzę do tego cholernego lekarza a i tak muszę siedzieć i czekać. Z nudów wziąłem jakieś ulotki ze stojaka. Jedna o środkach na potencję, kilka o ubezpieczeniach zdrowotnych. Na szczęście z żadnym z powyższych nie mam problemów. Ostatnie były o ziółkach i ich uzdrawiającej mocy. Nawet ciekawe, ale to tylko bujda i próba wyłudzenia pieniędzy.

Doczekałem się, wchodzę do gabinetu. Lekarz był dość zaskoczony tym, że mnie zobaczył. Nie ukrywam, że ja również, bo jak się okazało odwiedzamy często ten sam sklep obok apteki. Krótkie przywitanie i poznanie swoich imion a nie tylko spostrzeżeń na temat wyższości cygar importowanych z Ameryki Północnej nad tymi z Europy.

Trochę się rozgadaliśmy i wizyta się przeciągnęła. Zapytał, w jakim właściwie celu odwiedzam jego gabinet. Wyjaśniłem, że to na pewno jakaś drobnostka, że trochę pokaszluje. Zmierzył mi ciśnienie, osłuchał płuca. Zrobił to nawet dwa razy i z jego twarzy zniknął wcześniej goszczący uprzejmy uśmiech. Usłyszał jakieś szmery, które mu się nie spodobały, ale miałem się tym nie martwić. Rutynowo w takim przypadku kieruje się ludzi na rentgen. Dał skierowanie i pożegnaliśmy się.

Dawno nie było mnie w okolicach przychodni, gdzie robią prześwietlenia. Właściwie to chyba ostatni raz 10 lat temu, gdy mój synek złamał rękę skacząc z drzewa na kopę siana. Nie sprawdził wcześniej, że pod nią stoi jakiś stary wóz. Idąc alejką dostrzegłem kilka istotnych zmian. Na około 200 m drodze spotkałem dwie apteki, sklep zielarski, gabinet fizjoterapeutyczny i chyba gabinet lokalnego uzdrowiciela. Ten ostatni wyglądał dość kiczowato. Przyozdobiony różnymi bibelotami, światełkami i pękami ziół.

Znowu kolejka. Chyba głównie z tego powodu przestałem chodzić do lekarzy. Jak zaczynała mnie brać jakaś choroba to brałem dwie aspiryny i robiłem syrop z cebuli z miodem według przepisu mojej babci. Zawsze jakoś to wystarczało. Czas czekania 45 minut, wizyta 15 minut, a odbiór jutro po godzinie 14. Ponoć to i tak szybko. Zapisałem się na prywatną wizytę u mojego już znajomego lekarza. Powiedział, że da mi rabat, więc będzie szybko i w miarę tanio.

Przyjął mnie w swoim domowym gabinecie. Obszerny pokój, kunsztowne meble, fotele ze skórzanym obiciem, akwarium z kolorowymi rybkami i cała masa sprzętów medycznych, które ciężko mi nazwać. W takich warunkach, aż chce się chorować. Zdecydowany uścisk dłoni, typowe grzecznościowe zapytanie o herbatę lub kawę i przejście do rzeczy.

Wyjąłem kopertę ze zdjęciem, które nie mówiło mi nic. Ot, negatyw moich płuc. Z uwagą przyjrzał mu się pod światło. I znów przez jego twarz przemknął cień. Nie chciał, żebym zaczął się niepokoić, więc zapytał, od kiedy mniej, więcej mam ten uporczywy kaszel. Ciężko mi było odpowiedzieć na to pytanie, bo raz kaszlałem raz nie, a tak regularnie to chyba od 6 miesięcy maksymalnie.

Pokiwał głową w zamyśleniu, nie odrywając wzroku od negatywu. Powoli położył go na biurku i głęboko spojrzał mi w oczy. Był śmiertelnie poważny, aż poczułem dreszcz przebiegający mi wzdłuż kręgosłupa. Z jego ust padły słowa wyroku, tak jakby świat zwolnił: „Prawdopodobnie jest to nowotwór, jednak żeby to potwierdzić potrzebne są dalsze badania.”

„Rak płuc” – brzmiał głuchym echem głos w mojej głowie. Miał to być zwykły kaszel. Byłem przekonany, że wystarczy zwykły syrop wykrztuśny. Włóczyłem się po mieście bojąc wrócić się do domu. Nie potrafiłem, nie. Nie mogłem powiedzieć tego moim bliskim. A strach narastał wraz z przeklętym kaszlem. Uspokoiłem się papierosem, a później drugim i trzecim. Czy mogło mi to bardziej zaszkodzić?

W domu powiedziałem, że ze mną wszystko w jak najlepszym porządku. Zdrowy jak ryba, a na kaszel dostałem tabletki. Kupiłem je w pobliskiej aptece, żeby potwierdzić swoją wersję. Żona się uśmiechnęła, powiedziała coś o tym, że przekonałem się, że wizyta u lekarza nie była taka straszna.

Nie zrobiłem dalszych badań. Bałem się potwierdzenia tych przypuszczeń. Bałem się, że to już koniec. A strach ciążył mi i mocniej zaciskał swoje szpony na klatce piersiowej. Stałem się nerwowy i drażliwy. Dużo schudłem, przestałem palić i zacząłem na własną rękę szukać pomocy. Chemioterapii nawet nie chciałem spróbować, bo nie dawała 100% gwarancji. Byłem już pewien, że to nowotwór złośliwy i że cukier wzmaga wzrost jego komórek. Tak wyczytałem na specjalistycznej stronie poświęconej naturalnym sposobom leczenia.

Tygodnie mijały, a ja wyglądałem nadzwyczaj bardzo dobrze. Nawet poprawiła mi się cera, bo była ziemista, trochę żółtawa. Moja żona była zachwycona, znajomi nie poznawali mnie na ulicy. Tylko ten kaszel cały czas nie ustępował, a mojego śmiertelnego sekretu w dalszym ciągu nikt nie poznał.

Zostałem stałym bywalcem sklepów zielarskich, tych w drodze do przychodni z rentgenem. Cały czas spoglądając w tamtym kierunku odczuwałem tylko żal i pierwotny lęk przed śmiercią. Nigdy nie zastanawiałem się nad życiem. Teraz z całych sił pragnąłem zrobić unik przed Śmierci kosą. Dlaczego w końcu skierowałem tam swoje kroki? Nie wiem. Przecież kiedyś w duchu wyśmiewałem tą kiczowatą wystawę.

Po wejściu do gabinetu uzdrowiciela przywitała mnie miłym głosem, filigranowa brunetka. W porównaniu do lekarskiego salonu było tu dość ascetycznie, a w powietrzu unosił się mdły zapach kadzideł. Zapytała czy byłem umówiony na wizytę. Nie byłem, bo był to tylko impuls, że skierowałem swoje kroki tutaj. Niezdecydowany zapisałem się po namowie na popołudnie, 3 dni później.

Jego sposób prowadzenia rozmowy wydał mi się dziwną manierą. Zadawał dużo pytań, nie koniecznie związanych z rozwojem czy przyczynami mojej choroby. Starszy już siwiejący mężczyzna miał bardzo szczery uśmiech. Opowiadając o swoich zdolnościach często spoglądał w stronę czarnego krucyfiksu zawieszonego na ścianie powyżej półki wypełnionej księgami. Te z kolei sprawiały wrażenie wydobytych z krypt średniowiecznych znachorów czy alchemików. Opasłe tomy spoglądały na nas swoimi ubytkami w skórzanych grzbietach.

„Dar z niebios” – powtarzał te słowa chwaląc się swoimi osiągnięciami z dziedziny uzdrowień. Ten człowiek, wierząc w listy napisane przez jego pacjentów w podzięce, potrafił zdziałać cuda. Tylko sobie znanymi sposobami i ziołami rozpoczęliśmy kurację. W dalszym ciągu nie zapytał mnie ani razu o to, z czym do niego przychodzę.

Kazał mi się położyć na tapczanie. Wyciągnął kryształowy kamień zawieszony na srebrnym łańcuszku i zaczął powoli nim bujać nad moim ciałem. Gdy skończył pokiwał głową i znów usłyszałem te okropne zdanie: „To nowotwór płuc, z przerzutami”. Chciałem w bezsilnej rozpaczy zacząć krzyczeć, że już od 4 miesięcy wiem o tym, że umieram, ale on się obrócił, podszedł do swojej szafki i wyciągnął z niej paczkę zawiniętą w szary papier.

„Proszę, oto lekarstwo, musisz codziennie zaparzać te zioła i pić z nich napar. Ta paczuszka wystarczy na 2 tygodnie kuracji, kosztuje 200 złotych.” Otworzyłem tylko szerzej oczy, a on zaczął wyjaśniać, że koncerny farmaceutyczne wiedzą o tych ziołach, ale nie pozwalają, aby te informacje trafiły do ogólnodostępnego obiegu. Rak to bardzo dobry biznes, ale już od dziesięcioleci można go wyleczyć jak grypę. Mówił logicznie, przytaczał źródła, opisywał działanie. Wtedy już byłem całkowicie przekonany, że mogę wyzdrowieć, że odzyskałem panowanie nad swoim życiem.

Zioła w smaku były cierpkie i trawiaste, ale kto powiedział, że lekarstwo ma smakować. Odzyskałem dobry humor i radość życia. Już po pierwszym miesiącu kuracji czułem się znakomicie i z uśmiechem na twarzy wydawałem coraz to większe sumy pieniędzy na zioła. Okazało się, że ich sprowadzanie stało się nieco droższe. Wiedziałem wtedy, że zdrowie nie ma ceny.

Kolejne miesiące mijały na popijaniu zdrowotnej herbatki. Myślę, że gdyby nie pojawienie się krwi na chusteczce podczas kaszlu to bym nie uświadomił sobie, że główny objaw mojego przekleństwa nie ustępuje, a wręcz nasila się. Wszystko znów się zatrzymało, a ja spojrzałem w lustro. W odbiciu był cień. To byłem wciąż ja, ale z zapadniętymi policzkami, wychudzony, o oczach jeszcze tylko lekko połyskujących. Nie wyglądałem na zdrową osobę. Bagatelizowałem spostrzeżenia moich bliskich tłumacząc się zmianą nawyków żywieniowych.

Wiedzieli, że chodzę, co miesiąc do tego dziwnego sklepu i przynoszę stamtąd paczki z ziołami, ale nie wiedzieli, co mi jest. Zaniepokojony myślą, że może jednak kuracja nie przynosi zamierzonych efektów poszedłem do uzdrowiciela.

„Gabinet zamknięty do odwołania” – przywitał mnie taki napis na drzwiach. Zaciągnięte żaluzje i pusta wystawa. Zniknęły bibeloty i pęki ziół. Tylko ciemność spoglądała zza szyby. Strach ścisnął mnie za serce, nagłe ukucie i ból w klatce piersiowej. Upadłem na kolana chwytając się za pierś prawą ręką, bo lewa była bezwładna. Upadłem na twarz rozbijając nos, a ciepła, lepka krew niczym maska przyległa mi do policzków.

Ostatnia myśl, która wypaliła mi się w pamięci to ta, że sam siebie na własne, głupie życzenie, wykończyłem szybciej niż zrobił to nowotwór. Gdy ulatywała świadomość, usłyszałem krzyk i zdanie: „Pewnie jest pijany…”

To był mój pierwszy cud. Obudziłem się w szpitalu, obolały i oplątany siecią przewodów, wężyków i rurek. Ktoś jednak zareagował i zadzwonił po karetkę, a nawet się przemógł i udzielił mi pierwszej pomocy. Rodzina była przy mnie uśmiechając się przez łzy, że otworzyłem oczy. Już wiedzieli wszystko.

Nieznanego pochodzenia mieszanki ziołowe okazały się niczym specjalnym: liście brzozy, pokrzywa, rumianek, krwawnik, kłącze tataraku. Nieleczony nowotwór i stres z nim związany, który przeżywałem osłabił moje serce. Przeżyłem i rozpocząłem prawdziwą terapię, dla której wsparciem jest odpowiednia dieta, witaminy i wyciągi z leczniczych roślin. Uzdrowiciel został zatrzymany przez policję tydzień wcześniej. Jak się później dowiedziałem inny jego pacjent nie miał tyle szczęścia, co ja.

 


 

Chociaż akurat ta historia jest całkowicie przeze mnie wymyślona to w Polsce zarejestrowanych jest około 100 tys. gabinetów świadczących usługi „uzdrowicielskie”. Mam nadzieję, że nie wszyscy są tak nieuczciwi i nieodpowiedzialni. Do napisania tego opowiadania natchnęły mnie prawdziwe zdarzenia mające miejsce nie tak dawno, gdy przez porady znachora zostało zagłodzone na śmierć 4-miesięczne niemowlę…

Pozdrawiam

Rafał

Ps. Jest to mój debiut jeżeli chodzi o publikację, jakiegokolwiek opowiadania napisanego przeze mnie. Co myślicie o takie formie wpisów na tym blogu?